Brak poszanowania dla faktów, lekceważenie logiki oraz polityczna zaciętość. To przeszkadza w rozmowach na temat sensu nowych misji polskich żołnierzy na Bliskim Wschodzie. Aż dziw bierze, że od kilku dni w ten nurt wpisują się nawet ci, którzy zwykle rozsądnie mówili o wojsku. Sęk w tym, że im ostrzejsze tezy, tym łatwiej może je obalić nawet średnio rozgarnięty student pierwszych lat studiów związanych z bezpieczeństwem.


Przypomnijmy: w ramach wsparcia (liczącej kilkadziesiąt państw) koalicji przeciwko tzw. Państwu Islamskiemu do Kuwejtu trafią cztery polskie F-16 obsługiwane przez 150 lotników i pracowników wojska. Ich zadaniem będzie prowadzenie misji rozpoznawczych. Do Iraku wyjedzie zaś 60 żołnierzy Wojsk Specjalnych. Będą szkolić irackie siły specjalne.
Ta decyzja Zwierzchnika Sił Zbrojnych wywołała lawinę krytyki. Trudno jednak poważnie traktować najczęściej powtarzane zarzuty.

1. Wątpliwe podstawy formalne


Krytycy przekonują, że nie należy angażować się w to przedsięwzięcie, ponieważ nie jest to misja Paktu Północnoatlantyckiego. Przeczytałem nawet (u uznanej publicystki), że „przesłanka formalna, która budzi wątpliwości to, że koalicja nie działa pod egidą NATO”.

Siemoniak

Oczywiście można tak mówić, ale tylko pod warunkiem, że się zapomni o Strategii Bezpieczeństwa Narodowego z 2014 r. Jeśli dyskutujący nie ma czasu na lekturę całości tego dokumentu, to powinien przeczytać choćby rozdział trzeci. Tam opisano w jakich konfiguracjach i w jakim celu Polska może wysyłać kontyngenty wojskowe. Czyli m.in. dla wzmocnienia koalicji międzynarodowych. A taką koalicją – działającą na podstawie mandatu ONZ – jest porozumienie kilkudziesięciu państw walczących z ISIS.

2. Niejasności dotyczące przygotowania postanowienia Prezydenta


Dowodem na to mają być sprzeczne wypowiedzi rządzących dotyczące sensu, czasu oraz poziomu zaangażowania Polski w misję. Kolejne zarzuty są absurdalne: nie było na ten temat debaty w parlamencie oraz nie badano opinii publicznej. Pojawiły się nawet głosy, iż w sprawach wysyłania żołnierzy za granice powinien decydować wynik referendum.

Koziej

Fakty są jednak takie, że do wysłania kontyngentu potrzeba zgody dwóch (a właściwie trzech) ośrodków politycznych. Z wnioskiem występuje Minister Obrony Narodowej, postanowienie podpisuje Prezydent RP, a kontrasygnuje (czyli potwierdza) Prezes Rady Ministrów. Jeśli pojawia się oficjalna informacja o postanowieniu Prezydenta to znaczy, że te ośrodki wynegocjowały wspólną decyzję.

Żaden przepis nie wymaga debaty parlamentarnej. Oczywiście nie ma przeszkód do jej zorganizowania, ale w obecnej sytuacji można ją sobie bez problemu wyobrazić: opozycja jest przeciw, ale przegłosowuje ją rządząca większość.

Najbardziej absurdalne są propozycje sondowania opinii publicznej. Doświadczenie ostatniego ćwierćwiecza pokazują, że ludzie zawsze są przeciwni wysyłaniu żołnierzy na wojnę. Więc argumenty dotyczące konieczności pytania narodu stawiać może albo ktoś, kto nie ma pojęcia o czym mówi, albo cynik. Warto też pamiętać, że w najpoważniejszym sondażu – jakim są wybory parlamentarne – idący do urn decydują o kierunkach prowadzenia m.in. polityki zagranicznej przez rząd, który wybierze większość.

Pewno niewielu uczestników obecnej dyskusji pamięta przygotowania do misji GROM-u na Haiti. Jesienią 1994 r. okazało się, że Polska weźmie udział w misji na tej tropikalnej wyspie. To wtedy opinia publiczna dowiedziała się, że w Polsce mamy GROM – wcześniej nieznaną jednostkę specjalną. Przed wylotem komandosów na Haiti jedna z gazet przeprowadziła sondaż. Pytanie zadane przez redakcję brzmiało: „Czy polscy żołnierze powinni jechać na Haiti?”. Wyniki okazały się jednoznaczne: aż 87 proc. respondentów sprzeciwiało się wysyłaniu naszych rodaków na jakąś egzotyczną wysepkę. Misja trwała zaledwie kilka tygodni, ale szybko obrosła niesamowitymi legendami. Jaki był efekt? Polacy pierwszy raz poczuli dumę z posiadania „towaru eksportowego” jakim okazała się nasza specjednostka. Na kilka lat – do początku misji w Iraku – operacja na Haiti budowała legendę GROM-u. I szybko zapomniano o tym, ilu ta ekspedycja miała przeciwników.

3. Niepotrzebne nagłaśnianie misji


W tej sprawie akurat aktywniejsi od zwolenników są krytycy misji.

Scgetyna (2)

Przepisy umożliwiają „ciche” wysyłanie żołnierzy w rejony konfliktów czy podwyższonego ryzyka. O ile jestem w stanie wyobrazić sobie tajną misję sił specjalnych (pewno za kilka lat ktoś coś o takich kontyngentach napisze), to trudno ukryć wysłanie samolotów z szachownicami na skrzydłach.

4 Wzrost zagrożenia w Polsce


Zdaniem krytyków decyzja podjęta tuż przed Szczytem NATO i Światowymi Dniami Młodzieży zwiększa ryzyko zamachów w kraju. Ten argument rozpala emocje. Działa na wyobraźnię tym mocniej, im człowiek ma mniej wiedzy o działaniach ISIS. Wystarczy poszperać w wyszukiwarkach internetowych, żeby trafić na ciekawe, analityczne opracowania dotyczące taktyki zamachowców. Tylko laikowi może się wydawać, że po informacji dotyczącej zaangażowania niewielkiego – jak na koalicję, nie biorącego udziału w bezpośrednich walkach – kontyngentu skutkować będzie wysłaniem do Polski grup zamachowców.

Scgetyna

Oczywiście zarówno Szczyt NATO, jak i ŚDM są wyzwaniem dla terrorystów. Jeśli jednak miałoby dojść do nieszczęścia, to jest ono przygotowywane od miesięcy.

Gdyby ISIS kierowało się logiką „nie atakujemy tych, którzy nam pomagają – walczymy z tymi, którzy przeszkadzają” to Bruksela – serce Unii Europejskiej – powinno być bezpieczne. Bo przecież to władze Unii bardzo intensywnie, często ignorując obawy państw członkowskich, starają się rozlokować setki tysięcy mieszkańców Bliskiego Wschodu w jak największej liczbie krajów Europy. A „uchodźcy” to przecież naturalne zaplecze ISIS. Tak więc do zamachów dochodzi, bo terroryści walczą z cywilizacją, a nie poszczególnymi państwami.

5. Krytyka rządu korzystna dla rządu?


Na koniec przewrotna refleksja. Opozycja i środowiska zdystansowane do władzy ostro atakują obecne władze za decyzję o PKW w Iraku i Kuwejcie. Paradoksalnie rozbudzenie społecznego sprzeciwu przeciw tym misjom może być korzystne dla władzy.

Wysocy urzędnicy państwowi nie kryją, że w czasie Szczytu NATO Barrack Obama ma z troską wspomnieć o polskiej demokracji. To byłoby bardzo mocne wsparcie dla opozycji. Tak więc ostra krytyka zaangażowania Polski w koalicji (budowanej i kierowanej przez USA) może zirytować naszych sojuszników zza oceanu. A wtedy wypowiedź amerykańskiego prezydenta w Warszawie może być mniej korzystna dla oponentów obecnej władzy.

W jednym trudno nie zgodzić się z krytykami decyzji o utworzeniu nowych kontyngentów. Ja także oczekiwałbym intensywniejszej polityki informacyjnej ze strony rządu oraz Kancelarii Prezydenta. Z pewnością zwiększyło by to społeczne wsparcie dla decyzji i wprowadziło więcej logiki do dyskusji.

Na zdjęciu powyżej: Ćwiczenia polskich specjalsów. U góry: Uroczystość 15 sierpnia 2003 r. w Babilonie. Fot. Jarosław Rybak